Do dramy jesteśmy pierwsi, ale nie robimy jej tam, gdzie jej nie ma. „Podatek” za przeniesienie firmy za granicę to takie bzdurne określenie, że szkoda czasu na komentowanie. A jednak ten termin pojawił się w wielu mediach i zrobił wodę z mózgu przedsiębiorcom. Wyjaśniamy, o co dokładnie chodzi i czemu nie ma w tym żadnej złej woli.

Zgodnie z przepisami, przedsiębiorcy w Unii mają prawo prowadzić działalność na całym jej obszarze. Przeniesienie miejsca zarejestrowania firmy z jednego kraju do drugiego nie wiąże się z opłatami za samo przeniesienie. Oczywiście, trzeba pozamykać rozliczenia VAT, odpowiednio przeksięgować materiały i stany magazynowe. To jest jasne, nie wymaga wnikania co do zasadności.

Po zarejestrowaniu w nowym państwie firma – działająca jako osobna, finansowa osobowość prawna np. spółka z o.o., spółka akcyjna – właśnie tam płaci podatki. To też nie budzi wątpliwości.

Kłopoty pojawiają się, gdy firma ma charakter osobowy (działalność gospodarcza, spółka jawna). Wtedy miejsce płacenia podatków zależy od tego, czy podmiot podatkowy (przedsiębiorca) posiada prawa podatnika w nowym państwie. Prawa te przysługują tzw. rezydentom podatkowym. Warunki nabycia rezydencji podatkowej mogą być różne w różnych krajach. W Czechach istnieje m.in. wymóg posiadania miejsca zamieszkania oraz przebywania na terenie państwa przez ponad połowę dni w roku. Nie pamiętamy szczegółów, ale liczenie dni jest dość przyjazne – nie jest od 00.00 do 24.00.

Nabycie rezydentury podatkowej wymaga więc co najmniej 365 dni działania firmy w nowym państwie. Przez ten czas przedsiębiorca rozlicza się podatkowo w kraju poprzednim. Dopóki nie jesteś rezydentem podatkowym, rozliczasz się jakbyś był normalnie zarejestrowany w poprzednim państwie.

Tak to działa obecnie – o ile milusińscy czegoś ostatnio nie zmienili.

Sytuacja, której dotyczy podatek, wygląda następująco: w okresie od przeniesienia firmy do spełnienia warunków rezydentury przedsiębiorca podlega pod przepisy i skale podatkowe w kraju poprzednim (tak jak jest obecnie), ale jeśli z wyliczeń w nowym kraju należny byłby wyższy podatek, wtedy dopłaca różnicę w nowym kraju. W ten sposób nie ma januszowania przy przechodzeniu z krajów o niższych podatkach (i niższym potencjale rozwoju firmy) do krajów o wyższych podatkach: „Jestem wielkim przedsiębiorcą, bo sprzedaję po niskich cenach w euro, a mam niższe ceny, bo rozliczam podatek w złotówkach”.

Bardzo prosty przykład, żeby zobrazować mechanizm: w kraju A (kraj poprzedni) produkt kosztuje 10 zł (w przeliczeniu), a stawka podatku dochodowego to 20 proc., natomiast w kraju B produkt kosztuje 40 zł, a stawka podatku dochodowego to 25 proc. W kraju A podatek wychodzi więc 2 zł, a w kraju B 10 zł. Dopóki przedsiębiorca nie będzie rezydentem (a może być tak, że w ogóle nie chce być rezydentem, ale zarejestrował działalność w nowym kraju, bo tam jest mniej biurokracji), płaciłby podatku 2 zł, więc byłby 8 zł do przodu względem lokalnej konkurencji z kraju B. Według „podatku od przenoszenia firmy za granicę”, przedsiębiorca musi dopłacić te 8 zł podatku tak samo, jak gdyby był rezydentem kraju B.

Wydaje się to uczciwe konkurencyjnie, jeśli rozpatrujemy rynek unijny jako jednorodny rynek. Producentom z kraju A opłacałoby się sprzedawać produkty w kraju B po 10 zł, podczas gdy lokalni przedsiębiorcy z kraju B nie mogliby zejść poniżej ceny 40 zł. W świetle nowego przepisu, produkt musiałby kosztować co najmniej 18 zł (10+8). 

Kłopot mają klienci z kraju B, bo muszą kupić drożej produkt, który mogliby kupić taniej bez tego przepisu. Zwykle mają jednak na tyle dużą siłę nabywczą (kwotę na wydatki), że nie jest to większy problem. Kłopot mają też producenci z kraju A, których produkty nie są takiej jakości, żeby usprawiedliwić cenę 18 zł. Rozwiązanie: zainwestować, podnieść jakość, prowadzić marketing tak, aby przy cenie 30 zł produkt był atrakcyjny dla klientów kraju B.

Ogromny kłopot istnieje, gdyby wyższy podatek dotyczył całej sprzedaży firmy w krajach A i B, podczas gdy większość sprzedaży dzieje się jednak po niższej cenie w kraju A. Wtedy przedsiębiorca jest stratny, bo musi rozliczyć się wyższym podatkiem z niższych przychodów. Ale w takim przypadku zamiast przenoszenia firmy, bardziej opłaca się otworzyć nowy podmiot (finansowy, nie osobowy) zajmujący się dystrybucją produktu na terenie kraju B. Taka firma zarabia i rozlicza się od początku do końca wg przepisów kraju B.

Podsumowując: jest to po prostu eliminowanie zbyt taniej konkurencji zagranicznej. Tak samo my w Polsce możemy chronić się przed tanimi produktami z innych krajów. Podatek chroni rynek krajów atrakcyjnych dla przedsiębiorców i zachęca do rozwoju firm, oferty, marketingu, a także do poważnego wejścia na rynek (20-30 proc. sprzedaży). 

Czyli – nie ma tu żadnej dramy. Co najwyżej, sporo myślenia o zasadności przenoszenia firmy z kraju do kraju oraz zarządzania dystrybucją firmy.

(CBP)

Źródło grafiki: adamtepl, Pixabay.